Recenzja: Maski Sailor Moon CharaChan Mask Collection

Recenzja: Maski Sailor Moon CharaChan Mask Collection

Jak większość wychowywanych w latach 90. dzieciaków z wypiekami na twarzy oglądałam przygody Czarodziejki z Księżyca i jej ekipy. Nie mogłam więc przejść obojętnie wobec limitowanej japońskiej maski Sailor Moon CharaChan Mask Collection. 

W japońskiej telewizji anime Pretty Guardian Sailor Moon zadebiutowało wiosną 1992 roku, a dokładnie ćwierć wieku później koncern kosmetyczny BANDAI CreerBeaute CO wypuścił edycję specjalną masek w płachcie z nadrukami przedstawiającymi Usagi, Chibiusę oraz Lunę. Kiedy więc na Yesstyle natrafiłam na wersję z Usagi i Chibiusą, natychmiast wylądowały w moim koszyku, mimo dosyć wysokiej ceny. Maski Sailor Moon kosztują w japońskich drogeriach ok. 6,5 dolara, na Yesstyle możliwość transformacji w Czarodziejkę z Księżyca to wydatek rzędu ok. 8 dolarów.

Opakowanie

Opakowanie tych masek jest po prostu prześliczne. Zarówno posiadane przeze mnie wersje, jak i ta z Luną cieszą oko ukochanymi postaciami oraz pastelową kolorystyką. Są też dosyć oszczędne w treści (jak na japońskie standardy), pięknie wyglądają na Instagramie i… nieco gorzej na twarzy. Nadruk na masce, choć kolorowy i wiernie oddający charakter postaci, niestety nie zamienia stosującej w Pretty Guardian. Na kilka dni przed moimi testami maska z Usagi pojawiła się najpierw na InstaStory, a potem na kanale Red Lipstick Monster i muszę przyznać, że to jedna z najszkaradniejszych masek w płachcie z nadrukiem. Wygląda gorzej nawet od świnki marki Belleza Castillo (Edge Cutimal Pig Collagen Mask Sheet), a przebić nadruk wyglądający jak solidny kawał surowej wieprzowiny to naprawdę imponujący wyczyn…

 

Maski w plachcie Sailor Moon

Skład

Wszystkie marki z kolekcji posiadają ten sam skład – różnią się jedynie designem opakowania i samym nadrukiem na płachcie.

Niezastąpiona Ratzilla opublikowała przetłumaczony na angielski skład i niniejszym podaję go za nią:

Water, Butylene Glycol, Glycerin, PEG-60 Hydrogated Castor Oil, Citric Acid, Sodium Citrate, Arbutin, Carbomer, Solluble Collagen, Phenoxyethanol, Bellis Perennis (Daisy) Flower Extract, Phenethyl Alcohol, Salvia Officinalis (Sage) Leaf Extract, Xanthan Gum, Methylparaben, Ethylparaben, PPG-8-Ceteth-20, Fragrance, Sodium Hydroxide  

No i co my tu ciekawego mamy? Przede wszystkim kompozycję składników nawilżających (gliceryna, kolagen), rozjaśniających (arbutyna, kwas cytrynowy, ekstrakt z kwiatów stokrotki) oraz sporo konserwantów (fenoksyetanol, parabeny oraz dosyć ciekawy, naturalny konserwant w postaci fenyloetylu). Nie jest to zły skład jak na azjatycką maskę w płachcie (jestem nawet pozytywnie zaskoczona brakiem alkoholu denaturowanego), ale osoby ceniące sobie naturalny i przyjazny skład pewnie nie zdecydują się na przemianę w Sailor Moon, Sailor Chibi lub Lunę. Najbardziej nie podoba mi się współobecność w składzie fenoksyetanolu i parabenów – solo uznawane za bezpieczne (choć budzące kontrowersje), ale stosowane razem mogą podrażniać skórę wrażliwą. Zgodnie z wykładnią Sroki z bloga srokao.pl, kosmetyki o jednoczesnej obecności w składzie fenoksyetanolu i parabenów powinny odpuścić sobie ciężarne oraz kobiety karmiące piersią.

Japonska maska Sailor Moon

Działanie

Z analizy składu wynika, że możemy spodziewać się nawilżenia skóry oraz jej delikatnego rozjaśnienia. No to sprawdzam.

Pierwsze co uderza po wyjęciu maski z opakowania to zapach – dosyć intensywny, ale raczej przyjemny, kwiatowy. Po drugie, materiał, z którego wykonana jest maska jest cienki, ale na szczęście można bez większych uszkodzeń rozwinąć płachtę. Nadruk wygląda całkiem ładnie… dopóki maska nie wyląduje na twarzy. Jest dosyć niekształtna, przez co trudno ją dopasować do twarzy bez konieczności stanięcia przed dylematem: ładny wzór czy dobre przyleganie kosmetyku do skóry. Z tym ostatnim też nie jest różowo, bo im dłużej kosmetyk „siedzi” na twarzy, tym jego noszenie traci na przyjemności, która nieodłącznie wiąże się ze stosowaniem masek w płachcie.

Sailor Moon Mask Sheet

Sailor Failor we własnej osobie

Materiał, z którego wykonana jest maska, ma dosyć kiepską jakość – szybko wysycha, a sama maska odkleja się i odstaje (zwłaszcza słynne koczki Usagi, których w żaden sposób nie da się nigdzie dopasować). Wytrzymanie minimalnego zalecanego czasu (całe dziesięć minut) było dla mnie testem cierpliwości. Kiedy wreszcie mogłam zdjąć to szkaradztwo, rezultaty również nie powaliły. Przyzwyczajona do potężnego uczucia nawilżenia skóry, rozświetlenia, ukojenie (słowem: CZEGOKOLWIEK DOBREGO), z niezadowoleniem odkryłam, że skóra wygląda… gorzej. Zaczerwieniona, wcale nie nawilżona i po prostu jakaś taka brzydka.

Werdykt Pani Magdy: Śliczny pomysł, ale kiepska maska w zupełnie nieadekwatnej cenie. Serdecznie odradzam, nawet najwierniejszym fankom Czarodziejki z Księżyca.